Ostatnie artykuły



Losowe zdjęcie



Newsletter

Jeśli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowościach na stronie musisz się wcześniej zarejestrować.

Ankieta

Jak myślisz, strona jest interesująca?

Tak

Nie

Nie mam zdania

Odwiedzin:

Wspominki z woja...


1. Wstęp

WKU przypomniała sobie o mnie w pierwszych tygodniach stycznia 1998. A poprzedni rok był dla mnie bardzo osobliwy. W czerwcu wizyta JP2, zaraz potem obrona dyplomu a niedługo potem powódź "tysiąclecia". Pracę zacząłem już w sierpniu. Tak więc kiedy dostałem wezwanie "na rozmowę służbową" pomyślałem, że teraz na mnie przyszła pora zwłaszcza, że nie szukałem sobie "lewych papierów". Liczyłem bardziej na łut szczęścia. Na WKU dostałem skierowanie na badania. Po badaniach stawiłem się raz jeszcze. Tym razem zostałem poinformowany, o skierowaniu "w celu odbycia długotrwałego przeszkolenia w SPR" (Szkoła Podchorążych Rezerwy). Na moje pytanie gdzie jestem kierowany otrzymałem odpowiedź SPR Poznań, zapytałem jeszcze o możliwą alternatywę, kapitan odparł, że są jeszcze "wakaty" w Toruniu i Olsztynie. Nadmienię, że mieszkam we Wrocławiu, więc nie namyślając się dłużej zgodziłem się na Poznań będąc w mylnym przekonaniu (jak się później okazało), że im bliżej miejsca zamieszkania to nie zawsze lepiej! Chwilę później podpisałem "bilet" nakazujący stawienie się w WSO przy ulicy Wojska Polskiego 84 dnia "nomen omen" 1 kwietnia i pożegnałem kapitana...

2. WSO Poznań

Do Poznania przyjechałem około południa. W poczekalni była już spora grupka nowych "wczasowiczów". Pojawił się żołnierz, później dowiedziałem się, że to jeden z kaprali poprzedniego "turnusu" odbywający praktykę jako pomocnik dowódcy plutonu. Za jakiś czas byłem wśród grupki rekrutów maszerujących za kapralem do kolejnej poczekalni. Tutaj dostałem przydział do wojsk pancernych, innych skierowali do kompanii logistycznej oraz tzw. "żetonów" (żandarmeria wojskowa). Przeszliśmy do kolejnej poczekalni. Tam zeszło mi parę godzin nim "spędzili" nas do fryzjera w asyście kaprali. Następny "przystanek" to ogólne badanie lekarskie (wzrost, waga, etc.), "kąpiel" w łaźni oraz wydanie "bielizny osobistej" czyli tzw. BGS-ów (Bojowe Gacie Sportowe) oraz reszty munduru. Obiadu w tym dniu nie dostałem. Było już po dwudziestej, kiedy przeszliśmy (jak się później okazało) w miejsce formalnego zakwaterowania. Był to szeregowy budynek dwupiętrowy gdzie mieściła się moja kompania. Tuż przy biurku podoficera dyżurnego rozdzielono nas do poszczególnych plutonów. Kompania owa składała się z trzech plutonów zmechanizowanych oraz jednego czołgowego. Trafiłem na drugi w numeracji - jak się później okazało miałem farta bo dowódcą był najrozsądniejszy z całej czwórki, również kapral "praktykant" muszę przyznać bardzo porządny człowiek. Pokoje były 12 osobowe. Pokazano nam jak należy ścielić "wozy" (łóżka), układać w szafkach przybory toaletowe, pastę i szczotkę do butów, itp. Owe przedmioty miały wyznaczone miejsce w przegródce szafki - podobnie jak chlebak (torba z którą chodziliśmy na zajęcia) musiała być złożona regulaminowo i w miejscu do tego odpowiednim. W międzyczasie zrobili nam kilka zbiórek, a przed 22.00 "toaleta" wieczorna w "naście" sekund i do spania. Tak minął pierwszy dzień.

Zbudziłem się (a w zasadzie zostałem zbudzony) krzykiem podoficera względnie dyżurnego z tępym bólem głowy (chyba ze stresów). Ścielenie "wozów", mycie, apel i wyjście na stołówkę. Tak rozpoczynał się typowy poranek. W międzyczasie doszła "zaprawa poranna" (zaraz po pobudce) oraz rejony zewnętrzne - oczywiście w innej kolejności dla każdego z plutonów. Zaprawa poranna trwała jakieś 10 minut. Raz miałem przyjemność uczestniczyć w marszo-biegu. Poźniej za przykładem innych chowałem się do toalety na ten czas.

Piętro nad nami byli podchorążowie z 7 kompani, a w jednostce miejscowi "studenci" z WSO, SCH oraz żołnierze służby zasadniczej tak więc na wszystko była wydzielona pora i czas by na stołówce można było się pomieścić. Po śniadaniu wychodziliśmy na zajęcia. Podczas śniadania oficer dyżurny (jednostki) miał zwyczaj robić obchód i niejednokrotnie oceniał porządek na kompaniach, tak więc kiedy "wóz" był nieprzepisowo posłany delikwent miał wszystko wywrócone.

Jeśli chodzi o rejony zewnętrzne to każdy pluton miał wyznaczony obszar wokół budynku za czystość którego odpowiadał. Była wiosna więc wiele do roboty nie było - co najwyżej zamiatanie przekwitniętych pąków drzew, gałęzi, etc.
Apel poranny - tu miał miejsce przegląd umundurowania i "higieny" osobistej wojska. Po dotarciu na plac apelowy pierwszy szereg plutonu robił "krok" naprzód, tył zwrot, a dowódcy plutonów chodząc między rzędami z "uporem maniaka" usiłowali znaleźć wszelkie uchybienia od regulaminu. Także niezapięte guziki przy mundurze groziły wyrwaniem, jakikolwiek zarost na twarzy (wąsy też) był nie do przyjęcia. Padał wtedy rozkaz powrotu delikwenta na kompanię (biegiem) i 2 minuty na poprawę wyglądu. Źle wyczyszczone buty, za długie włosy, pas nie w szlufkach - na to przede wszystkim zwracono uwagę. Sam zaś apel to typowy rozkład zajęć na najbliższe dni - co, kto, gdzie i kiedy na najbliższy tydzień (jak dobrze pamiętam).

Aby podchorążowie wieczorem nie mieli zbyt dużo wolnego czasu doszły tzw. rejony wewnętrzne. W salach należało dbać o czystość a więc na zmianę pucowaliśmy podłogę (z froterowaniem pastą BHP włącznie) okna i drzwi. Podobnie sprawa się miała z korytarzem oraz "łazienko-kiblem" na kompani. Koniec prac musiał być zaaprobowany przez podoficera dyżurnego, który z kolei odpowiadał za porządek na kompani. "Pańka" czyli niespodziewany przegląd kompani bywała ale bardzo rzadko także dyżury w tym czasie jak i poprzedzające ów dzień nie należały do spokojnych. Obuwie musiało być "przepisowo" wypastowe i świecić się jak należy. Początkowo odpowiadał za to pomocnik dowódcy plutonu - kapral praktykant z poprzedniego turnusu, później dowódzca każdej z drużyn. Oczywiście buty musiały stać na korytarzu przed każdą z sal (od zewnątrz).

Relaks
Popołudniowy odpoczynek na "wozie"


W pierwszych dniach dostaliśmy przydział na broń służbową - każdy musiał znać na pamięć numer swojego kałacha. Co po niektórzy nadto (niestety ja byłem wśród nich) dostali tzw. broń zespołową. W moim przypadku był to ręczny karabin maszynowy (PK). Po obiedzie czas wolny urozmaicano nam regularnym tupaniem na placu apelowym oraz czyszczeniem broni (bez względu czy korzystaliśmy z niej czy nie). Nie obyło się również bez piosenki w trakcie marszu. Nasz pluton wybrał swojsko brzmiące: "Przybyli ułani pod okienko". W tym okresie oczywiście nie było mowy o wyjściu poza teren zakwaterowania. Dowódcy drużyn wraz kapralem robili zakupy dla całego plutonu. Dodatkowo zakazywano nam leżenia na wozach. Niektórzy z kaprali (nadgorliwi zawsze się znajdą) "upominali" nas. Po przysiędze miało się to zmienić. Zajęcia (wykłady) odbywały się w godz 8-15, a w soboty odrobinę krócej. Przedmioty typowe jak w każdym "zmecholu" i co gorsza traktowała je bardzo poważnie. Niektóre z nich jak BiES (Budowa i Eksploatacja Sprzętu) moim zadaniem zbędna. Po co nam wpajano tyle szczegółów z budowy, działania, naprawy BWP? BWP czyli Bojowy Wóz Piechoty (tego pojazdu dotyczyły wykłady) to jednostka transportowa wielce przestarzała - miały grubo powyżej 20 lat a godzinowo najwięcej było wykładów z tego przedmiotu. Czy chciano z nas zrobić inżynierów mechaników (teoretyków)? Jakby było mało zaczęto nas odpytywać przed rozpoczęciem wykładu (taktyka, strzelanie i kierowanie ogniem). Do dziś niewiele co pamiętam, zresztą przyznam się, że od pierwszych dni starałem się być odporny na wszelką wiedzę wykazując przy tym minimalne zainteresowanie. Znosiłem te niewygody wyczekując dnia przysięgi a tym samym "większej" swobody. Jak się później okazało przepustki dostaliśmy z dużym poślizgiem, obwarowane różnymi dziwnymi warunkami. Ważne od 17.30 do 21.30, jeśli oczywiście nie było zajęć popołudniowych (np. poligon, obsługa sprzętu). Na czas przepustek winien być zachowany stan osobowy kompani. Znaczy 20% stanu osobowego kompani winien być w tym czasie na miejscu. Także dwóch podchorążych z każdej drużyny powinno być na miejscu, to samo obowiązywało podczas wyjazdów w soboty (ja powyższego zakazu oczywiście nie przestrzegałem). Tak więc dni mijały bardzo powoli, wyjazdy do domu zdarzały się tylko w soboty po zajęciach o ile nie wypadły przy tym żadne dyżury. Często zajęcia odbywały się na poligonie w Biedrusku (taktyka, szkolenie ogniowe) odległym jakieś 20 km od jednostki (zdjęcie niżej). Praktyczne strzelanie z karabinu maszynowego znajdującego się na BWP-ie oraz z armatki. Średnia przyjemność ale niektórych to "rajcowało". Któregoś razu była możliwość rzucenia się pod nadjeżdżający czołg - ja spasowałem ale myślę, że można było zaryzykować - adrenalina za darmo.

Strzelanie z BWP na poligonie w Biedrusku
Strzelanie z BWP na poligonie w Biedrusku


Kilka dni szkoleń odpadło nam kiedy okazało się, że ekipa filmowców na planie "Ogniem i Mieczem" potrzebowała statystów. Te wydarzenia wspominam bardzo przyjemnie, choć niewątpliwie zajmowały cały dzień. Na poligonie w Biedrusku była makieta Zbaraża a my przebrani za Kozaków powtarzaliśmy do znudzenia marsz wielkiej ordy Tuhaj-Beja z oblężeniem Zbaraża włącznie. W przerwach co po niektórzy robili sobie fotki z Wołodyjowskim (Zbigniew Zamachowski) i Podbipietą (Wiktor Zborowski). Kilka dni przed planowanymi zdjęciami wyszedł nawet rozkaz dowódcy WSO nakazujący "utrzymanie" zarostu na potrzeby filmu rzecz jasna.

Im większa (liczebnie) jednostka tym gorsza organizacja - tak mi się zdaje. Któregoś razu pamiętam nawalił jeden ze STAR-ów dowożących nas na poligon, dodatkowy nie wyjechał czekaliśmy aż wróci. Innym razem, kiedy odwołano zajęcia na planie filmowym "poproszono" nas do parku sprzętu - tam czyściliśmy czołgi, które chyba raz na rok były używane. Także czas wolny dla podchorążych w jednostce SPR w Poznaniu był wybitnie reglamentowany. A zajęcia na poligonie zwłaszcza z taktyki i z użyciem BWP-ów źle wspominam. Zwłaszcza jazda przez koleiny (myślę, że kierowca miał niezły ubaw). Szczęście w nieszczęściu, że zaraz potem padała krótka "żołnierska" komenda, wybiegaliśmy z BWP-ów i z okrzykiem bojowym ćwiczyliśmy natarcie drużyny/plutonu na urojonego przeciwnika...

Kadra (dowódcy plutonów) nagminnie wykorzystywali podchorążych do przepisywania konspektów zaliczeniowych lub/i prac dyplomowych na cywilnych studiach. Do niektórych jak ulał pasowało powiedzenie: "Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera". Zresztą nie trzeba było daleko szukać, niektórzy kaprale-praktykanci niewiele im ustępowali.

W miarę pobytu czas płynął jakoś szybciej. Pod koniec czerwca załapałem się (przypadkiem) na wartę. Nie pamiętam z jakiego powodu jeden z kolegów został wycofany, także ciągneliśmy losy. Zastępstwo niestety padło na mnie. Nadmienić należy, że idąc na wartę wymagana była znajomość "co do słowa" regulaminu użycia broni, tak by prokurator w rzeczywistej sytuacji jej użycia nie miał wątpliwości, że żołnierz postąpił prawidłowo. Przyznam się, że nigdy nie brylowałem w pamięciowym przyswajaniu tekstów, tak było i tym razem. Starałem się zapamiętać ową formułkę ale bez rezultatu. Także na wycofanie mnie było już za późno. Na odprawie warty oficer dyżurny wyrywkowo sprawdzał ów regulamin. Wszystkich sprawdził poza mną - ale ulga!

Czas mijał dalej i nastał czas "sesji". Jak się okazało nawet egzaminy bardzo poważnie zostały potraktowane przez kadrę WSO. Egzamin ustny, nie żadne testy. Chyba wszyscy z mojego plutonu "dziobali" mniej lub więcej, nie wiem czym się tak przejmowali, ja tam poszedłem w zaparte i nie przejrzałem notatek z wykładów - ani słowa! Pierwsza była "Taktyka". Egzaminator wydawał się być w porządku - koledze, który wylosował 13 zestaw zaproponował na twarz "db". Ja coś zacząłem "dukać" tak, że ostatecznie zdałem na dostateczny (z pomocą porucznika, który wstawił się za mną). Na egzaminie z BIES-ów było już normalnie tzn. zaproponowano mi dostateczny ale losowanie pytań być musiało. Na koniec "Szkolenie i Kierowanie Ogniem". Znów losowanie ale coś tam pamiętałem i jak wyżej dostateczny. Tutaj moja cenzurka.

Ostatni dzień pobytu w SPR dłużył się okropnie. Trzymali nas bardzo długo. Nie odpuścili nawet rejonów, dopiero późnym popołudniem dostaliśmy "zielone światło". Nasz dowódca nie pofatygował się pożegnać. Wielce mnie to zdumiało jak dziś pamiętam, spędziliśmy razem około trzech miesięcy i to wystarczyło aby powiedzieć nawet "cześć" a tu ani "be ani me ani za przeproszeniem pocałuj mnie w d..." Pusta kompania, sami podchorążowie udający się na dworzec PKP Poznań Główny. Wzieliśmy w kilka osób taksówkę, jeszcze ostatnie spojrzenie na "tank" stojący przed główną bramą i SPR Poznań przeszedł do historii.

3. Praktyka w jw 4448

Praktykę "dowódczą" miałem mieć w Opolu. Tak na marginesie jeszcze przed egzaminami krążyła lista praktyk. Był to pozytyw bo chyba każdy trafił tam gdzie chciał (generalnie). W Opolu brakowało miejsc więc skierowano nas do Nysy. Tam mieścił się Sztab Brygady Piechoty Górskiej. Nysie podlegała również jednostka pierwszego reagowania w Kłodzku, o czym dowiedziałem się później. Było nas ~15 osób. Zdążyliśmy obejrzeć jednostkę, faktem było, że wojska było niewiele ale jakoś jednostka nie spodobała mi się na pierwszy rzut oka. Rankiem następnego dnia nastąpić miał ostateczny przydział. Oficer grzecznie zapytał kto chce zostać w Nysie ale nikt z nas nie odpowiedział. Wtedy trochę postraszył co po niektórych jednostką w Kłodzku. Wspominał, że zdecydowanie więcej mają wojska i jest to karne wojsko ("kryminaliści"). Wymiękło kilkoro podchorążych - ja nie, także tego samego dnia oddelegowano nas do Kłodzka. Z piętnastki zostało nas sześciu (5 podchorążych z Poznania + jeden artylerzysta z Torunia). Muszę przyznać, że samo położenie jednostki zrobiło (na mnie przynajmniej) dużo lepsze wrażenie. Jakoś mi się tu spodobało. Zakwaterowali nas w hotelu dla kadry (w Nysie na kompani!), dali obiad i pokazano nam gdzie kto będzie pracować. Inne samopoczucie ale i obawa. Trochę miałem tremę - nowi ludzie, wojsko niewiadomo jakie (wkrótce miało okazać się ile było prawdy ze słów oficera w Nysie), i co gorsza za bardzo nie widziałem się w roli dowódcy I plutonu 6kpg (szóstej kompani piechoty górskiej). Dowódcą kompani okazał się podporucznik, natomiast etatowym dowódca "mojego" plutonu był trzygwiazdkowy porucznik. Cała kadra na kompanii okazała się w porządku. A wojsko było "młode" z nielicznymi wyjątkami. Na palcach jednej ręki można było policzyć żołnierzy ze średnim wykształceniem. Pamiętam tylko jednego - był pisarzem dowódcy kompanii. Większość miała zaliczoną podstawówkę, nieliczni zasadnicze zawodowe.

Jakoś wiele do roboty nie miałem. Ale zacznę może od początku... Wstawaliśmy przed 7.00, potem szliśmy na śniadanie, po śniadaniu prosto na apel poranny o 7.30. Jak wspominałem wcześniej wojsko (moje) było paromiesięczne więc trafiłem na okres kiedy mieli dużo zajęć. Na szczęście od tego byli dowódcy drużyn, starsi stażem kaprale oraz nadterminowi. Generalnie nie brałem udział w szkoleniu wojska. Parę razy co prawda zmuszony byłem prowadzić zajęcia. Raz na początku coś z ochrony środowiska jak dobrze pamiętam. Nie miałem żadnych gotowców (na kompanii gromadzono takie pomoce, ale na mój temat nie znalazłem) więc musiałem coś własnego "skompilować". Odchodzący praktykant udzielił mi jeszcze paru wskazówek co i jak, tak więc wziąłem jednego żołnierza do stolika i "rozkazałem" mu czytać mój konspekt. Innym razem miałem zajęcia z wychowania fizycznego ale już z całą kompanią (bez żołnierzy na służbach, przepustkach, itp). Poszliśmy na pobliską górkę, tam zarządziłem czas wolny a więc wojsko "zaległo", sam przy okazji przysnąłem a po godzinie wróciliśmy na kompanię.

Dzień żołdu wyczekiwany był z niezwykłą "tęsknotą" przez żołnierzy, czego nie można było powiedzieć o kadrze :(. W tym dniu przeważnie cały żołd szedł na piwo tudzież jakiegoś "jabola". Na kompani zostawał ten kto "musiał", reszta zalegała gdzieś w cieniu, lub w piwnicy zamiast czyścić rejony. Z tego powodu - w przeddzień wypłaty przyjęła się zasada wymarszu w okolice w ten newralgiczny czas. Poza tym kompania moja była najmniej zdyscyplinowana, często ktoś uciekał przez płot, nie wracał na czas z przepustki. Któregoś razu sam z grupą żołnierzy szedłem do domu po delikwenta, któremu najwyraźniej domowa kuchnia bardziej odpowiadała. Wracając do tematu w przeddzień wypłaty dowódca jednostki nakazał nam wymarsz. Kompania opustoszała, magazyn broni również. Wojsko ćwiczyło w 30-stopniowym upale m. in. atak chemiczny, zakładając na czas kombinezon OPCH. Pierwsza noc pod gołym niebem, a rano wymarsz najtrudniejszym szlakiem w kierunku Barda Śląskiego znów w upale nie do wytrzymania. Po południu "panika" - zastępca dowódcy batalionu przyjeżdża obejrzeć stan wyszkolenia wojska. Pierwsze grzmoty na niebie zwiastują burzę, szukamy miejsca na nocleg. Druga noc pod gołym niebie. Koło północy budzę się, deszcz leje coraz intensywniej. Zwijam karimatę i chowam się pod plandeką na ciężarówce (chyba przywiozła chorążego z obiadem). Deszcz leje bez przerwy, a rano alarm "powódź". STAR-y odwożą nas - zmiana w organizacji jednostki. Cały sierpień przeznaczony "na akcję powódź". Jeździmy więc gdzie trzeba - wojsko nie odmawia. Ale wojsko jak wojsko poczuje trochę swobody i już zalega gdzieś pod płotem a w oczach "charakterystyczne błyski" od wody ognistej.

Pod koniec sierpnia sytuacja powraca do normy. Znów zwykłe zajęcia, apele, narzekania jednych na drugich. Mi za to wlepiają w weekendy służbę na kompani tak, że w domu jestem trochę rzadziej niż na początku. Po południu wspólnie chodzimy na miasto, zwiedzamy co się da, nawet zacząłem korzystać z biblioteki - przeczytałem "Złego" Leopolda Tyrmanda. Któregoś razu idąc z kolegą podchorążym nie zastosowałem się do regulaminu - nie oddałem honorów mijającemu nas Żandarmowi. Zatrzymał mnie udzielając mi "nagany" czemu nie oddaje honorów wyższemu stopniem? Coś tam zapisał sobie i odszedł. Zawiadomił mego dowódcę, ale bez specjalnego odzewu - jakby na kompanii nie było większych problemów niż oddawanie honorów chorążemu!

Z początkiem września kroi się nam tygodniowy poligon w Łambinowicach. Nie obeszło się bez konspektów. Nie wiem po co ten wyjazd. Na poligonie zajęcia generalnie jak w jednostce. Trafiłem na jeden z punktów nauczania. Nic godnego opisu nie wydarzyło się. Wypiłem w poligonowej kantynie parę piw w towarzystwie mojego wojska "podśpiewując" przy tym "mało". Poza tym byłem pomocnikiem oficera dyżurnego i pierwszy raz nazwano mnie bażantem. Należy jednak sprostować, iż były to słowa "dziadków" z Nysy, którzy w tym samym czasie przyjechali na poligon. Po powrocie zaczęliśmy odliczać dni do egzaminu, a co niektórzy (ja tradycyjnie spasowałem) znów zaczęli "nerwowo" przeglądać notatki. Egzamin był dwudniowy i nieobowiązkowy. Można było zrezygnować. Pierwszego dnia - pisemny z taktyki. Drugiego dnia strzelanie z pistoletu (mój pierwszy raz) oraz z tantala, następnie egzamin ustny przed komisją losując pytania. "Sztuka jest sztuka" więc nie było żadnych cyrków i wszyscy zdali.
Ostatni dzień - piątek - upłynął dość szybko. Pamiątkowe zdjęcie, pożegnanie z kadrą, z wojskiem i każdy z podchorążych pojechał do domu.

4. Ludzie

Nie chcę oceniać ludzi bo mógłbym kogoś nieumyślnie i niesprawiedliwe osądzić. Ogólnie mam jednak negatywne zdanie co do wyboru kariery w Wojsku Polskim. Język a właściwe slang jakim wyrażają się osoby mieniącego się kadrą zawodową pozostawia wiele do życzenia. Względnie dobre odczucie zapamiętałem w stosunku do wyższych oficerów (conajmniej major). Wyjątki się zdarzają. Pamiętam sytuację kiedy z grupą kolegów (okres praktyk) szliśmy po jednostce kilka metrów wcześniej przeszliśmy obok paru oficerów. Rozmawialiśmy idąc tak sobie a tu nagle pada pytanie: "Czemu nie oddajemy honorów?" Odparliśmy, że nie zauważyliśmy - oni coś mruknęli pod nosem i tyle. Zupełnie inna sytuacja, w szkole. Dowódcy naszych plutonów świeżo "upieczeni" porucznicy ze stażem w porywach 2 lat niekiedy byli młodsi od nas samych. Było takich kilku, że się wyrażę "na siłę oderwanych od sochy". Niewielcy wzrostem a przy tym demonstrujący swoją "iluzoryczną" wyższość nad podchorążymi specyficznym słownictwem i siłą głosu - zwłaszcza w początkowych dniach szkolenia. Czy ktoś z nas traktował ich poważnie? Może nieliczni tak. Co chcieli przez to pokazać - nie wiem może zastraszyć? Marne szanse na powodzenie...
Dłuższy pobyt w tak "skażonym" środowisku to nie lada wyzwanie, nawet wcześniejsza emerytura nigdy nie skłoniłaby mnie do bycia zawodowym "trepem" (za przeproszeniem). Zaczynam teraz rozumieć dlaczego wcześniejsza...



5. Zakończenie

Będę mało oryginalny mówiąc, że powszechna służba wojskowa to strata czasu i pieniędzy nas wszystkich. Bez względu czy jest się podchorążym czy "zwyczajnym" rekrutem. Owszem w wojsku może być normalnie - ale to zależy od ludzi. A ludzi racjonalnie myślących w wojsku jest jak na lekarstwo. Czy tak być musi? Myślę, że niektórzy nasi politycy mają rację uważając, że zawodowa armia wyleczy problem unikania ZSW. Trudno dziś wyobrazić mi sobie prowadzenie jakichkolwiek działań wojennych. Sprzęt, jakim dysponuje nasza armia bardziej nadaje się do muzeum niż na pole bitwy! Nie lepsze wojsko z wyboru, wykształcone, dofinansowane i mniej liczebne?

PS
Jeśli przypadkiem kogoś uraziłem tym tekstem - przepraszam nie było to moim zamierzeniem. :-)

ppor. rezerwy
autor wspominek

Komentarze

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?

Dodaj komentarz

Nick:

Kod potwierdzający:
Kod potwierdzający


Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
Wygenerowano w sekund: 0.07
1,403,145 unikalne wizyty